Kolejna ciezka pobudka, kolejny omlet i kolejna kawka. Mielismy nadzieje, ze dzis w koncu ujrzymy slonce, nic bardziej mylnego, niebo od rana zachmurzone na maxa :(. Dosiedlismy nasz pojazd - stolek na kolkach i podazylismy do Mapusy do Reliance Store. Weszlismy do srodka i po 15 minutach braku zainteresowania naszymi osobami, podeszlismy do jednej z wolnych pracownic. Okazalo sie ze wszystko spoko, miesiac netu bez limitow to koszt 1099rs., wystarczy podac numer modemu, wplacic pieniadze i surfowac... hmmm tylko gdzie my mamy numer modemu.... czyzby na kwaterze :)? Trasa Mapusa-Vagator-Mapusa zajela nam jakies 30 minut, po ktorych znow znalezlismy sie w sklepie. Nauczeni doswiadczeniem, poprosilismy pania, aby to ona doladowala konto, bo my za pewne mielibysmy problemy. Okazalo sie ze pani nie moze polaczyc sie z numerem sluzacym do doladowan z naszego modemu (czyli cos jest nie tak). Po kilku probach, kilku telefonach do centrali okazalo sie, ze teraz nic nie ustalimy i musimy przyjsc za 2 godziny. Ogarnal nas smutek, poniewaz mielismy szybko ogarnac sprawe netu i ruszyc w trase na poludnie Goa. Przez to cale zamieszanie zglodnielismy i postanowilismy odnalezc jakas mila knajpke. Pokierowani przez nasz przewodnik, zasiedlismy ostatecznie na dachu hotelu Satyaheera, w przyjemnej hotelowej restauracji (Ruchira restaurant). Zamowione przez nas Aloo Gobi i Dal Fry byly naprawde konkretnie przyrzadzone i dopiescily nasze kubki smakowe.
Ulice Maposy
Dal Fry z lewej i Aloo Gobi z prawej
O godzinie 14 znow stalismy w klimatyzowanym pomieszczeniu Reliance. Pani menadzer znowu cos poprobowala i po jakims czasie stwierdzila, ze jednak dzis nic nie zalatwimy i musimy przyjsc jutro o 11:30, bo w centrali nie ma dzis osoby, ktora moze ustalic "status naszego modemu". To byl cios ponizej pasa, poniewaz jutrzejszy dzien mial byc dniem przemieszczenia sie na poludniowa czesc Goa. Cisnienie na posiadanie netu w laptopie i chec zalatwienia wszystkiego raz a porzadnie, sprawila ze zgodzilismy sie przybyc nazajutrz. Pozno, bo okolo 15 wyruszylismy na zaplanowana na dzis wycieczke, chcielimy zobaczyc miejscowosci na poludnie od Vagatoru. Szybko dotarlismy do Fort Aguanda.
Fortyfikacje
Okolice fortu Aguada
Zaliczylismy spacer po dolnych fortyfikacjach, pstrykanie fot plazy i River Princess (stary statek zakotwiczony zaraz przy plazy). Nastepnie przejechalismy skuterkiem na druga strone fortu, gdzie znajduje sie Aguanda Jail. Jest to wiezienie, w ktorym wiekszosc "mieszkancow" znalazla sie przez narkotyki. Podobno mozna tam spotkac wielu zagranicznych turystow, ktorzy postanowili umilic sobie pobyt na Goa jedna z nielegalnych uzywek. Wiezienie jest nad samym brzegiem Mandovi River, ktora w tym miejscu wplywa do Morza Arabskiego. Tu mocno swieci slonce, a na terenie wiezienia pelno palm - fajnie, co? Choc wydaje nam sie, ze sa lepsze formy wypoczynku na Goa.
Aguada Jail
River princess
Maly arbuzik?
Nasz bzyczacy pojazd dowiozl nas nastepnie do Calangute, ktore kojarzylo nam sie z naszymi nadmorskimi miejscowosciami - pelno sklepow, barow restauracji, do tego tlum ludzi na ulicach i na plazy. Takie polskie Wladyslawowo :). My wolimy spokojniejsze miejsca, wiec czym predzej pojechalismy dalej. Kolejnym przystankiem bylo Baga Beach, tu klimat podobny do Calangute, czyli bardzo kurortowy. Jest tu calkiem ladna plaza, na ktorej roi sie od wypozyczalni skuterow, mozna polatac na spadochronie za motorowka, lub pojezdzic na bananie.
Baga beach
Szybki spacer po plazy i wskoczylismy na skuter, kolejny przystanek to Anjuna. Tu wreszcie odnalezlismy szukane przez nas miejsce, spokoj, cisza, piekne klify, i klimatyczne restauracje usytuowane w cieniu palm. Zrobilo sie ciemno, a my zatrzymalismy sie na kolacje w jednej z knajpek. Jezeli ktos planuje pobyt na polnocnej czesci Goa, my proponowalibysmy zatrzymac sie w Anjunie, lub na Asvem Beach (miejsce wolne od dyskotek i sklepow z pamiatkami, tu sa tylko chatki pod palmami, plaza i morze).
Anjuna
Odleglosc z Anjuny do Vagatoru to tylko 2 kilometry, takze szybko dotarlismy do domu. Dzis sie wycwanilismy i zamiast kupowac driny w miejscowych knajpach, zakupilismy sobie w sklepie butelke Old Monka (120rs za 750ml :) i Cole. Tak wyposazeni usiedlismy na tarasie naszego guest housu i wsluchujac sie w postekiwania pewnej pijanej brytyjki, opisalismy kolejna czesc naszego pobytu w Indiach.